Jeziora Gokyo i trekking do bazy pod Everestem – czy trzęsienie ziemi coś zmieniło?

Jeziora Gokyo i trekking do bazy pod Everestem – czy trzęsienie ziemi coś zmieniło?

o22/11/2015
Kategorie: Nepal Tagi: #trekking , #Nepal , #Himalaje

Trzęsienie ziemi, które nawiedziło Nepal w kwietniu i maju 2015 było wielką tragedią. Poważnie doświadczyło wielu mieszkańców, ale również nadszarpnęło ekonomię tego i tak bardzo ubogiego przecież kraju. Skutki tego doświadczenia w wielu wymiarach będą jeszcze odczuwalne przez długi czas.
Tym, co nas szczególnie interesowało w ostatnich miesiącach, był faktyczny stan tras trekkingowych, zwłaszcza tych najbardziej popularnych – w rejonie Everestu i Annapurny. Znaliśmy doniesienia z mediów, nepalskich organizacji turystycznych, oficjalnych komunikatów rządowych i w końcu od lokalnej ludności. Większość tych źródeł potwierdzała, że trasy do bazy pod Everestem i w regionie Annapurny są bezpieczne. Ponieważ nadarzyła się nam okazja sprawdzenia tego osobiście, czujemy się zobowiązani napisać Wam jak jest :) Na pierwszy ogień bierzemy okolice Everestu.Trekking zrealizowaliśmy kilka tygodni temu, wystartowaliśmy 26 października, zakończyliśmy 9 listopada.
Startujemy.

Bramą naszego trekkingu jest oczywiście Lukla, do której musimy dotrzeć samolotem, nie ma innej opcji. Tzn. jest, ale dużo bardziej skomplikowana i dla tych, którzy dysponują większą ilością czasu. Wylatujemy z Katmandu o świcie, jednym z pierwszych porannych lotów linii Goma Air (ma to znaczenie o tyle, że jest to młody przewoźnik, dysponujący młodymi maszynami). Pogoda jest bardzo dobra, raczymy się więc cudownymi widokami za oknem (pamiętajcie, warto wybierać miejsca z lewej strony) i małą ilością turbulencji. Po jakichś 40 minutach bez żadnych problemów, ale mocno podekscytowani lądujemy w Lukli.

Tu dołącza do nas Sange, nasz porter, jemy śniadanie, przepakowujemy plecaki i zaraz startujemy - trekkingową przygodę czas zacząć. Ruszamy w kierunku Phakding (2610m).

Pierwsze wrażenia. Życie w Solokhumbu płynie normalnie, na trasie brak wyraźnych śladów poświadczających trzęsienie. Droga do Phakding jest dość prosta i właściwie jest zejściem w dół, radzimy sobie z tą trasą bez żadnych problemów.

Kolejny dzień to trasa do stolicy Szerpów – Namche Bazaar. Po drodze spotykamy kilku podróżnych, których widzieliśmy już poprzedniego dnia. Tutaj również nie stwierdzamy żadnych problemów związanych z trzęsieniem ziemi. Oczywiście, zdarza się, że mijając domy mieszkańców widzimy pęknięcia w ścianach lub nawet zburzone części domów, nie jest to jednak zjawisko masowe. Część zniszczeń jest też już naprawiona. Droga do Namche prowadzi prawie cały czas w górę, jest już trochę ciężej, ale jesteśmy dzielni. Trudy podejścia wynagradza nam przepiękna pogoda, która zresztą będzie nam towarzyszyła przez cały trekking.


Jesteśmy w Namche, najbardziej ucywilizowanej miejscowości na trasie całego trekkingu. Jest tu Irish Pub (średni ;)), kawiarnie z prawdziwą Lavazzą, jest też szansa zaopatrzenia się w sprzęt trekkingowy, jeśli się o czymś zapomniało robiąc ostatnie zakupy w Katmandu. Jest też ciekawa Gompa, możliwość zobaczenia lokalnego targu i zebrania wielu innych ciekawych doświadczeń.

W Namche oddycha nam się już trochę inaczej, niby jest normalnie, ale przy krótkim podbiegu zaczynamy lekko sapać ;) Jesteśmy na 3440 m. Chyba się cieszymy, że zostaniemy tu jeden dzień na aklimatyzację, tym bardziej, że w pokoju mamy prysznic, co jest pewnego rodzaju luksusem. Namche fizycznie wydaje się być nie dotknięte majową tragedią, ekonomicznie jednak jest słabo. Właściciele hotelów i schronisk tłumaczą nam, że większość pokoi jest pustych, utracili jakieś 70% gości. Wydaje się, że najmniej potencjalnych skutków trzęsienia obawiają się Francuzi i Niemcy, tych nacji na całej trasie spotkamy najwięcej.
Aklimatyzacja to fajna sprawa. Zgodnie z zasadą – wędruj wyżej, śpij niżej, kolejnego dnia powędrujemy na prawie 4000 m. Pogodę mamy wciąż przepiękną, spotykamy wielu podróżnych i każdy z nich zapytany o to czy czuje się bezpieczny (taki mały research sobie zrobiliśmy), zapewnia nas, że w 100%! Zapytany czy odczuwa jakiekolwiek skutki trzęsienia ziemi - wskazuje ich brak! Jedynie podróżni będący w Nepalu po raz kolejny, wskazują na mniejsze zatłoczenie tras.

Ok, ruszamy wyżej. Nasz docelowy punkt dzisiejszej wędrówki to Dole na wysokości 4038m. Ruszamy bowiem najpierw w kierunku jezior Gokyo, a więc mniej uczęszczaną trasą do bazy pod Everestem. Tego dnia będą nam towarzyszyły opady śniegu, jedyny raz w trakcie całego trekkingu. Jest chłodniej, idziemy wolniej. Pijemy dużo i koncentrujemy się by się zanadto nie zmęczyć, to pomoże w aklimatyzacji. Na szlaku nie doświadczamy żadnych problemów związanych z trzęsieniem ziemi, skutki są niedostrzegalne. Docieramy do Dole, śpimy w schronisku, którego właściciel twierdzi, że wspinał się z Wojtkiem Kukuczką na Everest (nie weryfikowaliśmy).

Kolejny dzień to trasa do Machermo, 4410m. Trasa dość łatwa, oczywiście jak prawie każdego dnia prowadząca, raz w górę, raz w dół, ale wyzwaniem staje się wysokość. Ta, części z nas daje się dość mocno we znaki. Widoki są naprawdę piękne. Docieramy do Machermo wcześnie, bo po jakichś 4 godzinach wędrówki. Po odpoczynku i krótkiej aklimatyzacji (krótki trekking w górę), odwiedzamy Machermo & Gokyo Porter Shelters and Rescue Posts, gdzie bierzemy udział w lekcji dotyczącej aklimatyzacji. Centrum mieści się zaledwie 10 minut marszu od naszego schroniska. Ciekawe doświadczenie, zwłaszcza, że część z nas czuje lekkie objawy choroby wysokościowej ;)

Kolejnego dnia ruszamy do Gokyo, miejscowości położonej na wysokości 4700-4800 m. Trasa jest przepiękna i łatwa. Oczywiście poruszamy się tylko trochę szybciej od żółwi, ale jest przecudownie. Jeziora są fantastyczne, widok jest naprawdę przepiękny, chcemy tu zostać na dłużej…

 

Gokyo Ri o wschodzie słońca? Oczywiście, wymaga to pobudki około 4 rano i ponad 2 godzinnego wejścia na szczyt. Ale czego się nie robi dla tak fantastycznych widoków? Gokyo Ri ma wysokość 5357 m, podejście jest mozolne i dość wyczerpujące ze względu na wysokość, ale technicznie łatwe.

Po gorącej herbacie na szczycie i śniadaniu w schronisku, odpoczynek i relaks. Decydujemy, że kolejnego dnia schodzimy w dół by zregenerować organizmy.
Ruszamy więc do Phortse. Idziemy trasą, która nie jest często uczęszczana przez podróżnych. Poza pierwszą godziną, kiedy schodzimy z Gokyo, przez cały dzień nie spotykamy żadnego turysty! Dzisiaj czujemy jak bardzo daleko od cywilizacji jesteśmy. Dobre doświadczenie. Zatrzymujemy się na obiad w jedynym otwartym schronisku, które mijamy tego dnia. Gospodyni sama jest zaskoczona, że przyszliśmy ;) Jemy rara soup – coś w rodzaju rosołku z chińską zupką (jedyna opcja poza ziemniakami) i ruszamy w dalszą drogę do Phortse (3810m), które pozwala nam zregenerować siły.

Kolejnego dnia ruszamy do Dingboche na wysokości 4410m. Po drodze odwiedzamy najstarszy w całym Solokhumbu klasztor w Pangboche. W klasztorze odbywa się właśnie Puja. Nie śmiąc przeszkadzać w uroczystości, nie sprawdzamy rzekomo dostępnych tu śladów poświadczających obecność yeti w regionie. Ruszamy dalej, trasa do Dingboche nie jest trudna, choć oczywiście prowadzi raczej w górę, więc mamy trochę czasu by podziwiać piękno roztaczających się wokół gór (przede wszystkim gdy łapie nas za. Ze szlaku roztaczają się piękne widoki, oczywiście jak większość, jesteśmy fanami niesamowitej Ama Dablam. Po drodze nie stwierdzamy żadnych przeszkód, które byłyby skutkiem trzęsienia ziemi.

 

Kolejny dzień, trasa do Lobuche (4910m). Techncznie znowu łatwa, lecz wysokość daje się we znaki. Szczególnie wyczerpujące jest godzinne, relatywnie strome podejście startujące w Thukli. Na tym odcinku mijamy wielu innych podróżnych, w tym już znajomych, których spotkaliśmy wcześniejw innych miejscowościach. Krajobraz się zmienia, zaczyna być lekko lodowcowo. Zmęczeni docieramy do Lobuche, apetyty średnio nam dopisują, ale się mobilizujemy, kolejnego dnia ruszamy do celu naszej wyprawy – bazy pod Everestem.

 

Wstajemy o 5 rano i ruszamy do Gorakshep. Miejscowości położonej na wysokości 5140m, w której zjemy śniadanie, zanim ruszymy do bazy. Opcjonalnie można spać w Gorakshep (zamiast w Lobuche), choć mało turystów wybiera tą opcję. My też zgodnie stwierdziliśmy, że chcemy spać niżej. To był dobry wybór, tym bardziej, że nasze organizmy czuły już znaczne zmęczenie wynikające ze zwiększającej się wysokości. Podejście do Gorakshep technicznie znowu jest łatwe, ale jest męczące. Mimo, że różnica w wysokości pomiędzy Lobuche a Gorakshep nie jest duża, właściwa różnica wzniesień, które się pokonuje, jest dużo większa. Trasa dała nam w kość na tyle, że na śniadanie docieramy trochę padnięci. Imbirowa herbata z sokiem z cytryny jak zwykle jednak zdaje egzamin, trochę się regenerujemy. Cel będący w zasięgu wzroku mobilizuje, damy radę.

Ruszamy do bazy. Czujemy wysokość, ale nie jest źle. Jesteśmy jednymi z pierwszych, którzy tego dnia przecierają szlak. Pogoda jest piękna, lodowcowe moreny i panorama otaczających nas szczytów robią niesamowite wrażenie. Widzimy lawinę, która właśnie schodzi z Lhotse, pokazując potęgę i grozę wielkich gór. Jeszcze kilka chwil i jesteśmy u celu! W bazie pod Everestem, gdzie nie ma namiotów wspinaczy, skąd Everest jest właściwie niewidoczny, ale w której czuć ducha wielkich wypraw. Niebieski lodospad Khumbu robi wrażenie, trudno nam zrozumieć jak Szerpowie doprowadzili go do użyteczności po trzęsieniu. Czujemy olbrzymią satysfakcję.

Pora wracać. Odcinek do Gorakshep pokonujemy w zaledwie godzinę, pędzimy w dół jak kozice, chyba osiągnięcie celu doładowało nas ekstra energią. Po kolejnej herbacie w Gorakshep wracamy do Lobuche, do którego również docieramy w rekordowym tempie. Sami się sobie dziwimy ;) Zjadamy obiad, pakujemy plecaki i ruszamy dalej w dół, tego dnia chcemy jeszcze dotrzeć do Pheriche (4240). Zmęczeni relaksujemy się w hotelu. Najlepszym po tym z Namche Bazaar.

Kolejny dzień jest wciąż lekkim wyzwaniem. Zdecydowaliśmy, że dotrzemy do Namche Bazaar, czeka nas więc jakieś 7-8 godzin wędrówki. Po drodze odwiedzamy największy klasztor w okolicy, Tengboche (3860m). Trasa nie jest specjalnie trudna, mimo tego, że idziemy w dół, jest trochę podejść (np. tuż przed Tengboche). Po drodze wstępujemy do nepalskiego domu by zakupić roti (coś na kształt naszych oponków-znacie?) i wędrujemy dalej. Droga jest w pełni bezpieczna. Na trasie spotykamy pana budowniczego drogi, tj. osobę, która z własnej woli zaangażowała się w budowę szlaku w okolicach Namche Bazaar. Dzięki wysiłkom tego Pana, od dziesiątek lat, metr po metrze budowany i poprawiany jest tu szlak. To wszystko możliwe dzięki zebranym donacjom, oczywiście dorzucamy trochę rupii do wielkiego drewnianego pudła, które ów Pan nosi na plecach.
Relaks w Namche, kolejnego dnia wracamy do Phakding, by następnego powrócić do bramy, z której rozpoczęliśmy, jesteśmy w Lukli. Jedynym zmartwieniem do czasu wylotu pozostaje niepewność czy na pewno uda się wylecieć…i to nie z powodu pogody, ta jest dobra. Od wielu tygodni z powodu blokad wzdłuż indyjskiej granicy, wstrzymane są dostawy m.in. paliwa. Problem stał się na tyle poważny, że nie jest pewne czy nasz przewoźnik zrealizuje kolejnego dnia lot… (nie tylko nasz...)
Los się do nas uśmiechnął :) Wracamy do Katmandu, wylatujemy pierwszym lotem z Lukli. Jesteśmy mega szczęśliwi i w pełni usatysfakcjonowani górską przygodą. Wspomnienia z Solokhumbu pozostaną z nami na długo.
Z pełną odpowiedzialnością możemy potwierdzić, że szlak do bazy pod Everestem jest w pełni bezpieczny a skutki trzęsienia ziemi, choć w niektórych miejscach widoczne, nie mają żadnego wpływu na bezpieczeństwo podróżnych. 

Już wkrótce podzielimy się relacją z trasy dookoła Annapurny. 

Gdybyście szukali podobnej przygody, zapraszamy tutaj :)

A na koniec my - organizatorzy, gdzieś w okolicach Gokyo :)

 P.S. Uprzejmie dodatkowo wyjaśniam, że wszędzie gdzie wspominałam o zmęczeniu, trudzie podejścia, problemach w związku z wysokością miałam oczywiście na myśli nas, europejską część składu wyprawy;) Nepalskiej części załogi, z których zresztą wszyscy są Sherpami, wspomniane kwestie nie dotyczyły w ogóle ;)

Inne posty

Znajdź swoją
Własną
drogę

Newsletter

Należymy do:

  • w Katmandu
  • i
  • w Katmandu
  • i